Moje pierwsze piąte D&D

Każdy ma coś, czego się wstydzi. Jedni przeszłości storytellera, inni wodziarskich lat młodości, inny nie chce się przyznać, że z wypiekami na twarzy wczytywał się w Jesienną gawędę. Ja wstydziłem się jednego – aż do zeszłego piątku nie zagrałem w piąte DeDeczki.

Wina leży w znacznej mierze po mojej stronie. Nie mogę powiedzieć, że aktywnie dążyłem do zagrania. Mógłbym zacząć się tłumaczyć, że przecież studia, praca, inne kampanie, chory kocur, ale to wszystko byłyby tylko wymówki. D&D 5e to coś więcej, niż kolejna edycja. Są fenomenem, szczególnie za oceanem, ale i u nas odbiły się bardzo szerokim echem. WotC zarabia na nich kolosalne kwoty, ludzie kupują podręczniki, liczba graczy wciąż rośnie. Szał. A Aviko siedział i grał w Wampira. Meh. Trzeba było to zmienić.

Nadszedł więc piątek, 30 marca (zwany też, z przyczyn religijnych, Wielkim Piątkiem), a ja przekroczyłem drzwi R’lyeh Cafe (nawiasem mówiąc, serdecznie polecam knajpę – moja ulubiona w Grodzie Kraka) i znalazłem mojego MG, Michała. Z Michałem znamy się od dawna i od dawna razem gramy, więc na zaproszenie na sesję zareagowałem bardzo pozytywnie. Miałem wolne popołudnie, więc dlaczego nie?

Warto tutaj dodać, że nie była to zwykła sesja D&D. To znaczy była, graliśmy jak Pan Bóg przykazał, z kostkami, matą i figurkami, ale nie w tym rzecz – gra odbyła się w ramach krakowskiej gałęzi D&D Adventurers League. To fenomenalna inicjatywa, która jest już w trzech polskich miastach (Katowice, Kraków i Warszawa), pozwalająca zagrać łatwo, szybko i przyjemnie. Zapisujesz się wcześniej, uiszczasz składkę (wszystko leci na rozwój lokalnego ALa – na podręczniki, maty i inne takie pierdoły), wyciągasz postać, numer DCI i gotowe. Niczego więcej ci nie potrzeba, co więcej – możesz regularnie zmieniać MG i miasto, a fabuła będzie cały czas ta sama: wszyscy prowadzą te same scenariusze.

Co do samej gry – grałem, jak zwykle, pół-elfem bardem. Ostatecznie była nas czwórka, bo dwójka zbułczyła i się nie pojawiła. Moja postać została drużynowym tankiem. Skończyło się to źle, bo cztery razy lądowałem na deskach, ale ostatecznie udało mi się przeżyć. Wszystko dzięki Marcinowi i jego magowi, Subahu. Marcin – jeżeli to czytasz, to wiedz, że uratowałeś nam skóry. Chwała ci!

 

phlan
Tutaj właśnie ostatecznie zawitaliśmy (źródło: https://botchcomic.wordpress.com/phlan/)

Nie wdając się specjalnie w szczegóły przygody (bo nie mam tutaj za wiele do opowiadania, a do tego część z was może jeszcze mieć okazję w nią zagrać) – było naprawdę fajnie! Mechanika Dungeons & Dragons zrobiła się niesamowicie przystępna, do tego bardzo, bardzo szybka i przyjemna. Naprawdę, jak ja mogłem tak długo w to nie grać?

Kończąc więc ten przydługi tekst – grajcie w piąte Dedeczki i grajcie w Adventurers League. To naprawdę świetnna zabawa.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s